Niepubliczna Katolicka Szkoła Podstawowa Caritas Diecezji Świdnickiej w Świdnicy
do początku
Patron Szkoły » O Patronie

DLACZEGO – KSIĄDZ PRAŁAT DIONIZY BARAN?

Ks. prałat Dionizy Baran – legendarny proboszcz obecnej katedry, którego spora grupa Świdniczan pamięta, a też i wiele osób o Nim słyszało, że jako proboszcz przez 26 lat swoją posługę kapłańską pełnił w naszym mieście. Kapłan diecezji łuckiej (Łuck) i archidiecezji wrocławskiej, na trwałe zapisał się w dziejach świdnickiej bazyliki. Urodził się 4 października 1913 roku w Sieniawie nad Sanem koło Jarosławia w dzisiejszym powiecie przeworskim. Dla najbliższych był po prostu Dyziem. Rodzice bardzo dbali o wychowanie sześciorga dzieci. Urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, jak mówił ks. bp Jan Tyrawa, bo miał rodziców, co mieli Boga w sercu. W 1934 roku zdał maturę, po czym został powołany do odbycia rocznej służby wojskowej w Szkole Podchorążych w Jarosławiu. Wówczas młody człowiek, nie zdawał sobie sprawy z tego jak bardzo wiedza wojskowa przyda mu się w niedługim czasie. W 1935 roku wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Łucku na Wołyniu. Wybuch II wojny światowej zastał Go na wakacjach w domu rodzinnym. Rowerem z Sieniawy przedostał się do Łucka, gdzie bp Adolf Szelążek, obawiając się zlikwidowania seminarium przez bolszewików, przyśpieszył święcenia kapłańskie ostatniego rocznika. 15 października diakon Dionizy Baran został wraz z kolegami wyświęcany na kapłana w łuckiej katedrze. Wojna przeszkodziła w spełnieniu marzenia i odprawieniu mszy św. prymicyjnej w rodzinnej miejscowości. Historia wiele nam mówi o życiu nie tylko Polaków na Wołyniu. Sprawowanie kapłaństwa w czasach wojennych było ciężkim i niebezpiecznym obowiązkiem. Dodatkowo miejsce pobytu, czyli Ukraina, zwielokrotniły te niebezpieczeństwa. W latach 1939-1943 był kolejno kapelanem sierocińca w Łucku, proboszczem parafii Perespa koło Kowla, wikariuszem parafii w Kowlu i proboszczem parafii Sienkiewiczówka.  Czasy były ciężkie. Na terenach pobytu księdza dochodziło do starć z UPA. Znajomy doradził mu, by Polacy natychmiast ewakuowali się z Sienkiewiczówki do Łucka. 23 czerwca 1943 roku w konwoju uciekali przed banderowcami. Jak sam potem mówił „ze skruchę i wielką miłością podziękował Bogu Najlepszemu i Najświętszej Pannie Maryi Latyczowskiej – Pani Wołynia i Podola – za łaskę ocalenia”, gdyż ewakuacja odbyła się w ostatniej chwili przed wybuchem wielkiej nienawiści, która nastała w pierwszej połowie lipca 1943 r. W Łucku zamieszkał w katedrze, a w niedługim czasie ks. bp Adolf Szelążek nadał mu godność kanonika i powierzył obowiązki proboszcza parafii katedralnej. Tak przeżył do sierpnia 1945r., tj. do przymusowego wysiedlania parafii katedralnej i kurii łuckiej do Polski. Podstawowym obowiązkiem, Wielką Służbą tego okresu, poza spełnieniem obowiązków kapłańskich i duszpasterskich, było niesienie pomocy materialnej polskim uciekinierom, którym udało się ujść przed nożami i siekierami UPA. Te przejścia, koszmar który widział i który dane mu było przeżyć, mocno utkwiły mu w pamięci. Często wspominał o nich, mówiąc o Wołyniu czasów wojny – aż po kres swojego życia. Ksiądz kanonik Dionizy Baran miał 32 lata, gdy historia nałożyła na Jego barki obowiązek przeniesienia całej parafii katedralnej do Polski – na zachód, za Bug z całą rzeszą cudownie ocalonych Polaków. Rozpoczęto przygotowania do wyjazdu. Cudowny obraz Matki Boskiej Latyczowskiej tuż przed odjazdem zdjęto z ołtarza, owinięto w koce i zapakowano do kuchennej szafki, z obawy przed kradzieżą i profanacją. Po przybyciu pociągu 9 sierpnia 1945 r. do Lublina przekazał ks. Dionizy Baran cały dobytek katedry łuckiej do kościoła w Lublinie. Przekraczając nową granicę wschodnią Polski na rzecz Bug, ksiądz, jeden z wielu kapłanów diecezji łuckiej, którzy „przeszli wołyńską drogę krzyżową” i cudownie ocaleli, był świadomy, że wołyński etap jego życia bezpowrotnie dobiegł końca. Szukał miejsca dla siebie, najchętniej blisko rodzinnych stron i rodziców. Opatrzność zrządziła inaczej. Przybył do Wrocławia, a potem udał się do Brzegu nad Odrą, gdzie objął parafię p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego. Wyrażony otwarcie sprzeciw ks. D. Barana wobec wszechobecności „państwa i partii” doprowadził do tego, że starosta brzeski w sprawozdaniu skierowanym w 1949 roku do wojewody wrocławskiego pisał: „Stan taki uważam za wysoce szkodliwy i proszę o zabranie Barana z tutejszego terenu”. Powrócił do Wrocławia przyjmując obowiązki wikariusza w parafii świętych Stanisława i Doroty. Już w lutym 1950 roku ks. Dionizy Baran został aresztowany przez ówczesne władze i oskarżony o publiczne nawoływanie do nieposzanowania zarządzeń władz państwowych i odczytanie w kościele oświadczenia Episkopatu Polski w sprawie bezprawnego odebrania Kościołowi przez władze komunistyczne organizacji Caritas. Sąd Grodzki we Wrocławiu skazał Go na cztery miesiące więzienia, które odsiedział. Potem była parafia w Lubaniu Śląskim – nie chciano tom księdza zameldować – za blisko granicy. Kolejno etap kapłańskiej drogi rozpoczął się w Nowej Soli w parafii p.w. św. Michała, a następnie we Wrocławiu, gdzie powierzono mu obowiązki wikariusza w kościele p.w. św. Krzyża. We Wrocławiu był również generalnym ceremoniarzem katedry wrocławskiej, radcą kurii arcybiskupiej, spowiednikiem Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Maryi Panny i sióstr pracujących przy katedrze, rektorem kościoła św. Krzyża na Ostrowiu Tumskim oraz proboszczem parafii p.w. św. Maurycego. 11 czerwca 1957 roku, na wniosek władz kościelnych, m.in. ks. bpa dra Bolesława Kominka ordynariusza wrocławskiego – Ojciec Święty Pius XII przyznał księdzu honorową godność tajnego szambelana papieskiego tj. prałata. A to w dowód uznania za wybitne zasługi położone dla Kościoła na Wołyniu i w PRL-u. Wiadomości o wielkim wyróżnieniu przez papieża ks. Dionizy przyjął z radością i … smutkiem, ponieważ kolidowała z jego przysięgą z lat wojny na Wołyniu, że chce pracować w Winnicy Pańskiej „ jako szary żołnierz Chrystusowy”, bez żadnych „orderów i nagród”. Żywo i z pokorą zaprotestował, pisząc do ks. bpa ordynariusza „Był taki czas w roku 1943, w ogniu walk na Wołyniu o Kościół i Naród Polski, że kilkakrotnie wychodząc cudownie spod gradu kul i noży ukraińskich przysięgałem sobie, że jeśli z tych opresji wyjdą – chcę cicho pracować jako szary żołnierz Chrystusowy bez żadnych orderów i nagród. Zdawałem sobie sprawę, że żyję i tak już ponad program. Jestem nad wyraz wdzięczny Waszej Ekscelencji za dobre mniemanie o mnie i życzliwość wobec mnie. I to mi wystarcza za wszystko. Jest to dla mnie najwyższą ziemską pochwałą i nagrodą i nie szukam  w życiu żadnych innych honorów i zaszczytów. I dalej pisał:…gorąco błagam pominąć moją osobę na drodze jakichkolwiek wyróżnień czy też odznaczeń na zawsze: tak, z całą świadomością piszę: na zawsze”. Godność ta została mu odnowiona po śmierci Piusa XII w 1959 r. przez jego następcę, tj. papieża Jana XXIII w 1962 roku. Wówczas musiał ją przyjąć, gdyż nominacja już była przywieziona ze Stolicy Apostolskiej i nie można jej było odrzucić – Ojcu Świętemu się nie odmawia – przysięga posłuszeństwa. Cóż, Opatrzność pisze swoje scenariusze, z którymi trzeba się godzić, jeżeli się wie, że jest się uczniem Mistrza z Nazaretu. Kolejny raz ks. Dionizy Baran zmienia parafię, tylko tym razem już ostatni raz. 30 września 1957 roku otrzymał nominację biskupa metropolity wrocławskiego ks. dra Bolesława Kominka na stanowisko administratora (proboszcza) parafii świętych Stanisława i Wacława w Świdnicy. W tym czasie w naszym mieście, potrzebny był na sternika kapłan w rodzaju „Męża Bożego Mocarza”, żeby w parafię tchnąć nowego ducha… Kuria wrocławska zdecydowała, że „Mężem” tym będzie właśnie ks. Dionizy Baran. W ten oto sposób Kapłan z Łucka stał się spadkobiercą dziejów najstarszej parafii w grodzie Piastów Świdnickich i przepięknej świątyni, jak pisze w swojej książce pt.: „Z Łucka do Świdnicy” Pan Lucjan Momot. Opiekował się tą parafią przez 26 lat, a także po 1983r., kiedy był już na emeryturze. Trzeba było wielkiej pracy, by ówczesny stan parafii podźwignąć. W kronice parafialnej, po tygodniu bycia w  Świdnicy, odnotował: „Frekwencja na nabożeństwach słaba. Dzieci mało. Młodzieży nie widać. Dzieci w wieku przedszkolnym ok. 70. Sakramenty święte zaniedbane. Pierwszy piątek- kilkanaście osób… kilku ministrantów…. Kościół oraz zabudowania przykościelne wymagają w trybie alarmującym konserwacji. Remontu czekają: dach, piece centralnego ogrzewania, megafonizacja, kancelaria parafialna…Dzwon grozi oberwaniem. Zaciekające mury ulegają rozkładowi….Cmentarz przedstawia obraz wielkiego zaniedbania. Przedstawiona skrócona analiza i ocena parafii była trafna. Właściwie podejmowane decyzje zaczęły przynosić oczekiwane rezultaty. W niedługim czasie kilkuosobowe grono ministrantów rozrosło się do 120 osób, chętnych do służenia we Mszy św. Ksiądz Dionizy Baran posiadał specjalny dar zjednywania sobie ludzi. Szybko znaleźli się chętni parafianie do pomocy przy remontach kościoła. Zorganizował również m.in.: duszpasterstwo dzieci przedszkolnych, szkolnych i młodzieży. Objął opieką duszpasterska młodzież pozaszkolną, wprowadzając katechizację w formie spotkań towarzysko-dyskusyjnych, konferencji wykładów. Ogromną wagę przywiązywał do duszpasterstwa rodzin, nadając w konferencjach katechetycznych specjalne znaczenie matki i ojca. Ze szczególną troska podchodził do ludzi chorych, ubogich i potrzebujących, organizując dla nich pomoc materialna i duchową. Powołał do życia Klub Inteligencji Katolickiej. Był przede wszystkim duszpasterzem szanowanym nie tylko przez władze kościelne i swoich parafian, ale również przez władze świeckie. W swoich żarliwych homiliach poruszał sprawy społeczne, moralne i sprawy wiary. Odnosił się z troską do ubóstwa, które niszczyło społeczeństwo do plag społecznych jakimi były: pijaństwo, rozluźnienie obyczajów, niedbałość, obojętność i oschłość wobec wiary. Nikogo nie obmawiał. Uważał, że jedyną przyczyna są warunki życia. Ksiądz Dionizy Baran twierdził, że nikt nie jest złym człowiekiem, są tylko ludzie zagubieni w naszym wielkim świecie, nie mogący odnaleźć swojej drogi, a on jest właśnie tym, który ma w obowiązku pomóc wszystkim swoim owieczkom. On jest kapłanem „poświęconym ludziom”, bo kapłaństwo jest powołaniem szczególnym. Aby zostać księdzem trzeba oprócz naturalnych i wrodzonych skłonności mieć powołanie z góry – trzeba być zawołanym przez samego Boga. Kapłan jest spośród ludzi wzięty po to, żeby lepiej spełniać swoje przeznaczenie dla ludzi, dla ich potrzeb społecznych, spełniać misję nadprzyrodzoną – pełnić posłannictwo odkupiciela Jezusa Chrystusa. W 1970 roku pisał o ks. D. Baranie ks. Biskup Wincenty Urban: „…W Świdnicy (…) rozwinął najpiękniej skrzydła duszpasterskiego polotu. Kapłan ten wywierał porywający wpływ na wiernych. Był dobrym kaznodzieją i spowiednikiem. Od momentu przybycia do Świdnicy bardzo mocno był związany z ludźmi i bazyliką, starał się być ojcem dla wszystkich swoich parafian, bez wyjątku. Tęsknił za rodzinną Sieniawą – wspominał brat Antoni - ale z drugiej strony, gdy tam byliśmy chciał jak najszybciej wracać do Świdnicy. Bał się o swoich parafian, tęsknił za nimi tak, jak ojciec tęskni za dziećmi. Mówiono o ks. Dionizym  Baranie, że „był wymagający, ale umiał ocenić i docenić człowieka. Miał klasę, smak i wiedział czego chce”. Dał się poznać nie tylko z wszechstronnej troski o konserwację kościoła (w tej kwestii dokładne dane zawarte zostały w książce pt.: Z Łucka do Świdnicy”), ale i z gorliwości duszpasterskiej. To On m.in. ułożył słowa pieśni ku czci Świdnickiej Pani, do dziś śpiewanej. Ksiądz prałat był świetnym kaznodzieją. Kazania swe urozmaicał cytatami z polskiej poezji romantycznej i wygłaszał je pięknym stylem. W trakcie jednego z kazań mówił: „Religia wychowuje w nas sumienie, poczucie odpowiedzialności, prawdziwej wolności w panowaniu nad sobą, uczy nas poświęcenia, przezwyciężania zmysłowości, kształtowania pięknego charakteru”. W czasie stanu wojennego plebania stała się ośrodkiem opieki nad potrzebującymi i miejscem schronienia członków Solidarności. Ukochany przez parafian ks. prałat Dionizy Baran- gorliwy duszpasterz, wspaniały organizator, gorący patriota dla którego mottem życiowym było”…być…w Służbie Boga, Kościoła i polskiego Narodu”, szanowany przez przedstawicieli miejscowych władz nie zawsze Kościołowi życzliwych, odszedł do Pana po nagrodę, za lata kapłańskiej posługi, 26 stycznia 1995 roku. Nad Jego trumna wypowiedziano znamienne słowa „Byłeś Kapłanem, bo w sercu swoim nosiłeś szczerą teologię życia, wiarę Twojej codzienności. Kapłanem, boś w twarzy obcowania z innymi nosił wizerunek kapłana, a kapłanem – bo trudnym i drażliwym sprawom ludzkiej słabości nadawałeś kapłańską postawę, bo kochałeś słowo Boże, adorowałeś go modlitwą pięknej mowy, bo kochałeś życie i pracę kapłańską. Byłeś pasterzem przez miłość do człowieka, a młodzieży szczególnie, przez łatwość rozwiązywania spraw trudnych w spotkaniu  z ludźmi na drodze Bożej, bo cechował Cię pasterski sposób życia i działania”. Czyż można wyobrazić sobie lepsze słowa o kapłanie i człowieku. Całym swoim życiem dał świadectwo miłości bliźniego, a tego, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, winniśmy uczyć nasze dzieci. Jego życie to skarbnica miłości Boga, ludzi i Ojczyzny.

 
Wizyta w Miękini

Odwiedziny u księdza proboszcza Ludwika Sosnowskiego w Miękini

Do chwili obecnej nasza wiedza o ks. prałacie Dionizym Baranie czerpana była z własnych doświadczeń, z książki, którą napisał Pan Lucjan Momot, artykułów prasowych oraz rozmowy z Panem Witoldem Baranem – bratankiem księdza. Zdobyte wiadmości pomagały w nakreślaniu sylwetki człowieka, którego do dzisiaj wspomina się w Świdnicy, mimo iż odszedł do Pana 18 lat temu. Wciąż podejmujemy nowe działania, aby bliżej poznać proboszcza, dla którego drogowskazem życiowym były słowa: „być …. w służbie Boga, Kościoła i polskiego Narodu”. Jednym z nich była wizyta złożona ks. proboszczowi Ludwikowi Sosnowskiemu w Miękini 29 kwietnia 2013r. przez Panią Irenę Rymszę – Dyrektora NKSP i Panią Barbarę Kędzierską – nauczycielkę tej szkoły i koordynatora prac związanych z nadaniem placówce imienia. Na naszą prośbę ksiądz Ludwik Sosnowski wyraził zgodę na spotkanie. Po przyjeździe przywitał nas z wielką serdecznością, jak to zawsze miał w zwyczaju, zawsze skromny i gościnny. Już pierwsze zdania sprawiły, że właściwie nie należało księdza pytać, dlaczego ksiądz prałat Dionizy Baran wybrał sobie opiekuna w osobie księdza Sosnowskiego. Po wejściu do kancelarii parafialnej i wygodnym zajęciu miejsc ksiądz pytał z wielkim zainteresowaniem o wiele rzeczy, które wiążą się ze szkołą parafią, pozostawionymi znajomymi. Tak naprawdę, przed obiadem, którym z racji swojej ogromnej gościnności nas poczęstował, nie udało się zadać zbyt wielu pytań związanych z Jego „świdnickim szefem”. Posiłek był bardzo smaczny, zakończony kawą i ciastem, za co serdecznie dziękujemy nie tylko księdzu, ale przede wszystkim Pani Jadzi – gospodyni księdza. Ksiądz proboszcz wiele zwyczajów ze Świdnicy przeniósł na grunt Miękini m.in. pytany jaką kawę będzie pił - odpowiedź brzmiała – Proboszczowską,Pani Jadziu, proboszczowską. Tak mawiano o różnych rodzajach kawy w czasach, kiedy byli razem z księdzem Dionizym Baranem w Świdnickiej parafii. Trzeba wiedzieć, że była jeszcze „kawa dziekańska”, ale ta znacznie różniła się nasyceniem od tej pierwszej. Związek ze Świdnicą widocznym jest w domu księdza: zdjęcie wnętrza dzisiejszej Katedry i fotografia Pani Gieni gospodyni księdza Barana, która razem z księdzem Ludwikiem przyjechała do Miękini. Tutaj mogła spokojnie hodować  swoje kurki i uprawiać ogródek. Tutaj też, cztery lata temu, zakończyła swoją ziemską wędrówkę i powędrowała do Pana. O dobroci księdza świadczy również to, że przechodząc ze Świdnicy na nową parafię, również opiekował się księdzem emerytem, wcześniejszym proboszczem, którego jak nam powiedział, pochował trzy miesiące temu. Trzeba być wyjątkowym człowiekiem, by po raz kolejny, przez prawie osiemnaście lat stwarzać warunki godnej starości następnej osobie. Po obiedzie, od czasu do czasu, pomiędzy pytaniami o księdzu prałacie Dionizym Baranie pojawiały się również pytania o Świdnicę i znajomych. Nasza ciekawość dotyczyła pierwszego spotkania księdza Ludwika z proboszczem świdnickiej bazyliki. Jak źródła podają, było to jeszcze w latach kleryckich w 1962 r.,  kiedy jako diakon przybył do naszego miasta, by w okresie urlopu zastąpić organistę. - Co tak naprawdę spowodowało, że ksiądz uległ prośbie księdza Barana i po dwudziestu latach od momentu pierwszego spotkania zgodził się zostać proboszczem i opiekunem prałata?- Była to prośba księdza Barana. Miałem obawy – duża parafia, nie wiedziałem czy podołam, byłem za młody… Powiedziałem do księdza prałata, że nie mogę być Jego następcą z powodu rozpoczętych remontów w swojej parafii. Wówczas ksiądz prałat odpowiedział – „poczekamy”. Ponieważ konsekwentnie doprowadzał sprawy do końca, dlatego odwiedził mnie ponownie w mojej parafii, ponawiając prośbę. Odparłem wówczas, że jeżeli ja się zgodzę, to nie będzie zgody biskupów, na co ksiądz Baran odparł „Biskupi już się zgodzili, ale musi ksiądz jeszcze napisać prośbę do biskupa o przeniesienie”. Na co odpowiedziałem, że ja o to nie proszę i napisałem takie słowa: „Na prośbę księdza Dionizego Barana i po rozmowie z księdzem biskupem Tadeuszem Rybakiem wyrażam zgodę na przyjęcie parafii”. I tak oto w czerwcu w 1983 r. ksiądz Ludwik Sosnowski został proboszczem świdnickiej bazyliki p.w. św. Stanisława i św. Wacława. Kolejne pytania dotyczyły współpracy z księdzem rezydentem. Odpowiedź była krótka – „Bardzo dobra. Duża parafia, mnóstwo pracy, ale funkcjonował też pewien rozkład dnia. Wiele czynności odbywało się o ustalonej godzinie m.in. msze święte, obiad, modlitwa w kościele, rozmowy przy kawie, prace w kancelarii. Ksiądz prałat służył bardzo dyskretną pomocą. Odczuwało się opiekę dobrego kapłana”. Ksiądz proboszcz Ludwik Sosnowski w swej pracy w Świdnicy, a także w Miękini czerpie z tej „skarbnicy” wszystko, co najlepsze. Od samego początku naszej wizyty dało się odczuć rodzinną atmosferę. To o niej wspomniał również ksiądz, opowiadając nam o księdzu Dionizym Baranie: „Rodzinny styl prowadzenia parafii i jednocześnie swoją postawą i zachowaniem, tym co mówił dawało się odczuć na każdym kroku, że to jest lub to idzie przez świątynię gospodarz”. Ksiądz prałat Dionizy Baran zasłużył sobie na takiego opiekuna w osobie księdza proboszcza Ludwika Sosnowskiego, który z pełnym szacunkiem wypowiedział słowa, które naszym zdaniem w pełni uzupełniają posiadaną już wiedzę o byłym proboszczu, a przyszłym patronie naszej szkoły: „Patriarcha świdnickiego kościoła”. Ksiądz Ludwik Sosnowski, tak jak i Pani Gienia wypełnili do końca „testament księdza prałata”. Byli z Nim aż do momentu odejścia do Pana ( 26.01.1995r.), a potem towarzyszyli Mu w drodze do wiecznego spoczynku ( tak jak wielu, wielu innych ludzi - nie tylko świdniczan), na świdnicki cmentarz przy Al. Brzozowej. W niedługim czasie ksiądz proboszcz Ludwik Sosnowski zmienił parafię zgodnie z tym, co wcześniej mówił „Gdy dojrzeje czas, to ja zrezygnuję ze Świdnicy”. Szkoda, Miękinia zyskała kapłana, któremu zawsze bliski był i jest człowiek. Nasza wizyta dobiegła końca, zabieramy ze sobą prośbę księdza o serdeczne pozdrowienie znajomych świdniczan m. in. Panie D. Baran i A. Baran, Pana W. Barana i wielu, wielu innych ludzi, udając się w drogę powrotną. Jeszcze ostatnie zdjęcie na ganku plebanii i ten serdeczny i ciepły uśmiech. Do zobaczenia księże proboszczu w Świdnicy.